Kundalini joga mówi, że potrzebujemy wykonywać konkretne praktyki przez:
40 dni – żeby złamać negatywny nawyk
90 dni – żeby ustanowić nowy, pozytywny nawyk w świadomym i podświadomym umyśle
120 dni – żeby utrwalić nawyk w świadomości i w pełni go zintegrować z psychiką
1000 dni – żeby osiągnąć mistrzostwo w nowym nawyku, by nam służył
Jest to podstawowa zasada w praktyce Kundalini Jogi, tylko jak przekłada się to na rzeczywistość?

Obraz w treści 6

Kiedy byłam na kursie nauczycielskim, mówiono, że jesteśmy w Erze Wodnika, w erze wolności, w erze miłości, gdzie stary, hierarchiczny paradygmat oparty na strachu przestaje mieć rację bytu. Wszystko to brzmiało bardzo pięknie, świat był tęczowym jednorożcem, gdzie Seva (czyli bezinteresowna służba) pełniła jedną z najważniejszych składowych sensu naszego pobytu na Ziemi (jeśli nie najważniejszą rolę).

Tylko, że kurs się kiedyś kończy, trzeba wyjechać z tego wspaniałego miejsca, gdzie trawa jest wiecznie zielona, a dookoła nie ma nic, oprócz lasu i ludzi o podobnej percepcji rzeczywistości.

Wracam do Warszawy, Reality Check. Okazało się, że jednak jednak moim głównym problemem życiowym nie jest to, czy wstanę o czwartej rano zrobić Sadhanę (poranną praktykę) – w sklepach nadal nie można płacić miłością, a ja przecież nie odżywiam się światłem. A przecież to dopiero początek, a nie koniec moich problemów…

Życie się wali, trzeba mierzyć się z relacjami, które się budowało do tej pory na nie do końca świadomych zasadach. Trzeba mierzyć się z konsekwencjami nie do końca trafnych decyzji zawodowych, trzeba mierzyć się z życiem i ludźmi, którzy nie zawsze są przyjaźnie nastawieni.

Co tu zrobić?

O dziwo, stałą wśród niestałości i burzliwych fal, które niesie życie, okazuje się praktyka. Jeden dzień, drugi, trzeci… I tak, chcąc-nie chcąc, dzień po dniu, odnajduję coraz większy spokój. Najpierw na macie. Chwila dla siebie, chwila kontemplacji, chwila medytacji. Uf… głębszy oddech…

I nagle, po jakimś czasie zaczynam zauważać, że to procentuje poza matą. Nie wyprowadza mnie z równowagi Pani w urzędzie, która swoim zachowaniem najwidoczniej chce mi pokazać, jak wielką łaską jest jej obecność w tym przybytku. Mam więcej zrozumienia do osób, które swoją frustrację wyładowują na Bogu Ducha winnych ludziach. Pojawia się coraz więcej szacunku do siebie i innych, przestają wywoływać we mnie cierpienie zachowania ludzi.

Co się ze mną dzieje, czy to nadal jestem ja? Kiedy to się stało? Gdzie? Na macie?!

Nie zrozumcie mnie źle, jestem Buntownikiem, szukam Wolności. Nie przyjmuję za swoje „prawd”, których nie sprawdziłam na własnej skórze. Nie chciałam robić 40 dniowej Sadhany, mówiłam: „nie potrzebuję tego”. Wizja codziennego zmuszania się do praktyki, tylko po to, by zaliczyć przepisowe 40 dni wywoływała we mnie odruch… sami wiecie jaki 🙂 Gadki o odnawiających się codziennie komórkach przyjmowałam z dużą dozą sceptycyzmu (mimo, że to fakt potwierdzony naukowo – uczyłam się o tym jeszcze w liceum).

A jednak…
Nim się spostrzegłam, Sadhana weszła mi w krew. Nie liczę już dni, godzin i lat. Nie myślę już o tym, czy będę robiła to do końca życia, roku czy miesiąca. Jest tylko dzisiaj, TU I TERAZ, które wpływa na kolejne minuty mojego życia. Świadome wybory, które podejmuję z punktu, w którym obecnie się znajduję. Zdaję sobie coraz większą sprawę, że jedyny wybór, który mam to ten pomiędzy miłością, a strachem. I to dotyczy każdej mojej decyzji , dużej i małej – dotyczącej relacji, pracy, finansów czy wartości, które wyznaję.

Mając świadomość, że mam wybór pomiędzy miłością a strachem, już nie mam wyboru. Moja Wola staje się jednym z wolą Miłości. Wolność, szczęście, jednoczenie… unio mystica. Joga.

40 dni – tyle trzeba, by złamać nawyk.

P.S. Świat nadal nie jest tęczowym jednorożcem. Ale mam takie zabawne poczucie, że trochę ja nim jestem 😉